Historia zupełnie prawdziwa, bo wydarzyła się w czasie mojej wyprawy na Sokotrę, o czym dobitnie świadczą załączone ilustracje.
Sokotra to wyspa na Oceanie Indyjskim, znajdująca się w Arabii. Jeśli czytaliście „Baśnie tysiąca i jednej nocy”, które dzieją się mniej więcej w tych okolicach, to wiecie, że dawniej była to kraina cudów, magii i dziwów. Teraz w Arabii też jest dużo cudów, na przykład stoi tam największy budynek na całym, calutkim świecie (jest naprawdę bardzo, bardzo wysoki), ale są też smutne miejsca, w których żyje się nadzwyczaj trudno i ludzie z nich uciekają, nawet do odległej Polski.
Ale akurat wyspa Sokotra do takich smutnych miejsc nie należy, a to dlatego, że w dawnych czasach mieszkały na niej smoki.
Było to w bardzo odległej przeszłości, kiedy na świecie było jeszcze dużo magii. Smoki, jak to smoki, były złe, niebezpieczne i niezbyt dobrze wychowane. Zjadały ludzi i kozy, gdy tylko naszła je ochota, paliły wioski (często zresztą zupełnym przypadkiem, bo młode smoki po prostu uczyły się dopiero ziać ogniem) i była z nimi cała masa problemów.
W owych czasach Sokotrą rządziła mądra królowa Bilqis, która szczęśliwie była też wielką maginią. Po latach badań magicznych udało jej się rzucić bardzo trudne zaklęcie, które odebrało smokom ich moc. I dała im wtedy wybór: albo muszą się wynosić z wyspy i nigdy już nie wracać, albo zostać na zawsze, ale wtedy będą musiały mieć inną postać, bezpieczniejszą dla innych mieszkańców wyspy i będą musiały pomagać ludziom.
I smoki, choć bardzo lubiły ziać ogniem, to jeszcze bardziej kochały swoją ojczyznę, więc zgodziły się na warunki królowej. I wtedy Bilqis przemieniła je w drzewa.
Takie smocze drzewa wyglądają bardzo dziwnie, ich pnie trochę przypominają smoczą łapę z łuskami, no i są endemiczne, czyli rosną tylko na Sokotrze. (Oczywiście pewnie da się je spotkać też w jakimś ogrodzie botanicznym, bo ktoś kiedyś jedno z Sokotry przywiózł, ale niby słonia też można spotkać w warszawskim zoo, a przecież wiemy, że jednak słonie lepiej czują się wesoło trąbiąc sobie na sawannie). I tak jak ludzie czasem oddają krew potrzebującym, tak też smocze drzewa oddają smoczą krew, jeśli jest potrzebna. A krew smoka, jak można się domyślać, ma wielką moc. Można sobie nią wysmarować twarz, gdy nie ma się siły albo pewności siebie, i wtedy zyskuje się na chwilę siłę i odwagę smoka. Albo można pomalować nią dom, a przynajmniej kawałek pokoju, a wtedy trochę zaczyna on przypominać smocze legowisko i łatwiej zbierać tam skarby. A gdy jest się kobietą i rodzi się dziecko, można tę smoczą krew rozpuścić w wodzie i wypić, a to powstrzymuje krwawienie i w rezultacie dziecko może dłużej cieszyć się mamą. Tak więc smoki przestrzegają warunków umowy i bardzo się starają pomagać, jak tylko mogą.
Smoki są też oczywiście bardzo mądre, dlatego jak się ma jakiś problem, można się udać na Sokotrę i posłuchać, czy drzewa czegoś nie poradzą. Dlatego na przykład ja chciałem je znaleźć.
Ale żeby do nich dotrzeć, trzeba przejechać przez góry. Jechaliśmy przez nie samochodem. Góry były dość wysokie, wjeżdżaliśmy coraz wyżej i wyżej, krętymi górskimi drogami, bo drogi w górach zawsze pną się po zboczach i przez to są bardzo, bardzo wąskie i kręte.
A tak się składa, że na Sokotrze żyją muzułmanie, ludzie bardzo religijni. A tam, gdzie są ludzie głęboko wierzący, tam jest zwykle i diabeł, który lubi, gdy ludzie wierzący czynią zło. (Dlatego czasem lepiej unikać ludzi bardzo religijnych, bo kto by tam chciał spotkać diabła. Niemniej często też są to jednak po prostu sympatyczni ludzie).
A ludzie na Sokotrze są akurat bardzo mili, więc tamtejszy diabeł musi się strasznie męczyć, żeby ich do tego zła namówić. I tym razem wymyślił taki sposób: ukrył kawałek górskiej drogi. Zrobił to, bo wiedział, że ludzie się bardzo przestraszą, że droga zniknęła, a jak ludzie się czegoś boją, to często się zdarza, że ze strachu zrobią coś niedobrego.
No i wtedy właśnie my jechaliśmy przez góry. I dojechaliśmy do miejsca, gdzie droga się skończyła. Dalej już były tylko chmury. Tak po prostu: droga urwana, a dalej gęste kłęby szarych chmur. Inni ludzie się też zatrzymywali. Niektórzy mówili, że czekają już drugi dzień, aż coś się zmieni, bo na razie nie mają jak jechać dalej. A nasz kierowca, Ali, powiedział: wypijmy z nimi herbatę.
I był tam taki dom, gdzie ludzie siedzieli i czekali. Na ścianach namalowano kwiaty, pod ścianami położono kolorowe dywany i poduszki i gotowano ciepłą, słodką herbatę. Trochę dlatego, że takie tam są zwyczaje, a trochę dlatego, żeby się nie bać. Gdy się siedzi w miłym towarzystwie i ładnym otoczeniu, to zwykle nie ma czego.
Ale gdy tylko wyjrzało się na zewnątrz, było bardzo strasznie: do tego czasu diabeł ukrył już wszystkie drogi i byliśmy na takiej jakby wyspie w chmurach: nic nie było widać, nie wiadomo, czy wciąż byliśmy jeszcze w naszym świecie, na Sokotrze, czy też nas wiatr zaniósł razem z tym domem, dywanami i herbatą w jakieś całkiem obce miejsce.
I wtedy nasz dzielny kierowca Ali powiedział: „yalla yalla”, co dzięki mojej znakomitej znajomości arabskiego mogę przetłumaczyć jako „dość tego, po takiej ilości cukru w herbacie nic nam już nie straszne, stawmy czoło diabelskim sztuczkom”. Wsiedliśmy do samochodu i wjechaliśmy w chmurę. Dzielni ludzie nie boją się diabelskich iluzji i wiedzą, że tak naprawdę zawsze jest jakaś właściwa droga naprzód.
Oczywiście bardzo trudno jest lecieć samochodem przez chmury, gdy nie ma drogi. W końcu to był tylko zwykły, stary, dość rozklekotany samochód, a nie jakiś samolot z nowoczesnym systemem nawigacji. Ale Ali znał te góry na pamięć i wiedział, jak omijać szczyty, nawet gdy ich nie widział. Choć i tak pewnie by nigdzie nie trafił i zgubilibyśmy się w krainie chmur na zawsze, gdyby nie nasz przewodnik Eisa. Przewodnik to ktoś taki, kto zawsze wie, dokąd iść albo jechać, nawet z zamkniętymi oczami. A Eisa był bardzo dobrym przewodnikiem, bo potrafił wskazywać nam właściwy kierunek nawet gdy spał (szarość za oknem działała na niego nadzwyczaj usypiająco i nie mógł się w żaden sposób powstrzymać). Tak więc Eisa spał na tylnym siedzeniu, ale zawsze jak Ali robił niewłaściwy zakręt, to głośno chrapał: Chrrrrrap! I wtedy Ali skręcał w drugą stronę, tę właściwą.
I tak po godzinie czy dwóch przedarliśmy się przez chmury i dotarliśmy do doliny, gdzie na powrót była droga. Doprowadziła nas do wąwozu, którym po różnokolorowych błyszczących kamykach płynęła krystalicznie czysta górska rzeka, w której mieszkały zwinne kraby, wokół rzeki rosły palmy, a na wysokich zboczach wąwozu – drzewa smocze. Nad nami wesoło świeciło słońce.
Tym wąwozem dojechaliśmy do lasu smoczych drzew, a tam spotkaliśmy Muhammeda, który wychował się w tamtej okolicy, więc znał trochę smoczy język i wiedział, jak rozmawiać z drzewami i w którym miejscu pnia najlepiej do nich szeptać, żeby dobrze usłyszały.
A potem Muhammed w wielkiej tajemnicy zdradził nam sekret, który poznał w dzieciństwie. Otóż tak naprawdę smoki, gdy nikt nie widzi, mogą uwolnić się z zaklęcia: przemienić się z drzew w skrzydlate stworzenia i krążyć nad wyspą. I jak się jest bardzo sprytnym, to można to zobaczyć w ostatniej chwili przed zachodem słońca. Tylko trzeba się dobrze schować, bo smoki muszą sądzić, że nikt ich nie widzi. Nie mogły więc nas zauważyć, a przecież smoki mają bardzo dobry wzrok. Na szczęście Muhammed znał wszystkie drzewa butelkowe w okolicy. A drzewo butelkowe wyglada – cóż – trochę jak gruba złota butelka i jak się znajdzie właściwe, to nawet ja się za nim mogę schować tak dobrze, że nikt mnie nie wypatrzy, nawet smok. I tak o zachodzie słońca zobaczyliśmy smocze sylwetki wzbijające się w niebo, a potem nadeszła noc.
No i w sumie tyle. Wszystko dokładnie opisałem, jak było. Być może wydarzenia z odległej przeszłości mogły być tu zaprezentowane nieco mniej precyzyjnie, ale kto tam wie, co się tak naprawdę działo w aż tak odległej przeszłości? Chyba tylko smoki.
Tu wypada dodać jeden przypis: dlaczego wszystkie smocze drzewa są stare? Otóż wszystko przez królową Bilqis.
Jak każdy wielki czarownik i władca, tak i ona była strasznie dumnym i przesadnie pewnym siebie człowiekiem. Dlatego w zaklęciu, którego użyła, powiedziała, że smoki będą musiały dbać o tych, którzy rządzą wyspą. Oczywiście miała na myśli ludzi, bo była pewna, że po jej zwycięstwie nad smokami to ludzie będą niepodzielnymi władcami Sokotry.
I tak było przez wiele stuleci, ale do czasu. Bo obecnie wyspą rządzą kozy!
Jest ich wielokrotnie więcej niż ludzi, można je spotkać w absolutnie każdym zakątku, a cała wyspa jest równomiernie usiana kozimi bobkami. A kozy też mają swoje potrzeby, na przykład zawsze, ale to zawsze są głodne. Dlatego wszystkie małe smocze drzewa są zjadane przez małe kózki, które wtedy są przynajmniej trochę mniej głodne, a i też nieco bardziej uśmiechnięte.
Potem dowiedziałem się, że prawdziwa historia powstania smoczych drzew jest trochę inna, ale też trochę straszniejsza.
Otóż w dawnych czasach różni ludzie chcieli zdobyć wyspę z uwagi na jej świetne położenie przy wejściu do Morza Czerwonego. Ale było to trudne, bo na wyspie mieszkała stara srebrna smoczyca, która opiekowała się wszystkimi żyjącymi tam stworzeniami. I jak tylko jakiś wrogi statek podpływał, to wzbijała się w powietrze i ziała ogniem, paląc i zatapiając nieprzyjaciół. I tak było przez stulecia, aż do czasu, gdy wyspę zapragnęli zdobyć Portugalczycy.
Portugalczycy byli w owych czasach największymi podróżnikami, przemierzyli cały świat i niejedno widzieli. Toteż domyślili się, że ze smokiem łatwo nie będzie, bo aż tak wielkiej armaty wtedy jeszcze nie mieli. A właściwie wyszło im, że może go pokonać tylko inny smok. Oczywiście sami żadnego smoka nie posiadali; w końcu największe skrzydlate stworzenie w Portugalii to co najwyżej dobrze wyrośnięty, dorodny kurczak. Ale mieli też dobre kontakty handlowe i dużo złota w skrzyniach. I zapłacili tym złotem perskiemu magowi, który kiedyś uwięził pustynnego smoka i szkolił go do walk.
Gdy portugalska korweta dotarła do wybrzeży Sokotry, stara smoczyca oczywiście natychmiast zauważyła obcego smoka. Wiedziała, że czeka ją walka na smierć i życie. Była też pewna, że dałaby perskiemu smokowi radę – w końcu ona była potężnym wolnym smokiem, a jej przeciwnik – trzymanym w niewoli chudzielcem. Ale wiedziała też, że walka smoków na niebie nad wyspą to nie przelewki. Bo gdy któryś smok zionie ogniem, zwykle przypadkiem spłonie jakaś wioska. A gdy machnie mocno skrzydłem, podmuch zmiecie z powierzchni wyspy kilka domów i co najmniej cztery kozy. A smoczyca bardzo kochała swoją wyspę, ludzi, wszystkie kozy i inne stworzenia, które na niej żyły i nie chciała dopuścić do takich zniszczeń. Dlatego uznała, że lepiej będzie przegrać walkę, ale jako nieśmiertelne stworzenie mogła zaopiekować się wyspą inaczej.
Dlatego wzbiła się w powietrze i po prostu czekała. Perski smok rzucił się natychmiast jej do gardła, rozbryzgując jej krew na całą wyspę. I wszędzie, gdzie spadła kropla smoczej krwi, wyrastało drzewo. A wszystkie te drzewa posiadały kawałki jej duszy.
Dla Portugalczyków wyspa koniec końców okazała się niezbyt przyjazna. Drzewa o to zadbały. A smok perskiego maga dzięki temu zwycięstwu uwierzył w siebie, zerwał więżące go zaklęcie i uciekł, by gdzieś daleko wieść wolne życie, które należy się wszystkim smokom. Ale to już zupełnie inna historia, której raczej nikt już dziś nie pamięta.
Najwyższy budynek na świecie to aktualnie (2021) wciąż Burj Khalifa w Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie). Ma 828 metrów wysokości.
Bilqis, królowa Saby, jest postacią biblijną, występującą w Starym Testamencie (w polskiej wersji ma imię Makeda), a więc również w islamie. Wg etiopskiej tradycji ze związku Bilqis i króla Salomona narodził się Menelik, pierwszy cesarz Etiopii, którego linia ciągnęła się aż do ostatniego cesarza, panującego do 1974 roku Hajle Selasje. Bilqis mogła żyć w okolicach IX wieku p.n.e., a jej królestwo zapewne rozciągało się na terenach współczesnego Jemenu.
Smocze drzewa (dragon tree lub dragon’s blood tree) to endemiczny gatunek rosnący na Sokotrze. Drzewa butelkowe są bardziej popularne.
Portugalczycy próbowali zdobyć wyspę w roku 1507, ale nie dali rady – odpuścili po czterech latach.
Kogut jest narodowym symbolem Portugalii.